Zbieranie faktur dla biura rachunkowego: trzy skrzynki, KSeF, portale bez faktur na mailu oraz lista dwudziestu kilku pozycji do odhaczenia. Półtorej godziny miesięcznie, w kółko. Zbyt mały proces, żeby zamawiać system, zbyt uciążliwy, żeby z nim żyć. Powstał w 2-3 roboczogodziny i kosztuje około 42 centów miesięcznie.
Ten system powstał zaraz po innym projekcie własnym, systemie finansowym Forteca. Zaskoczenie tamtym wynikiem było na tyle duże, że kolejnym celem stał się problem odkładany od dawna: comiesięczne zbieranie faktur dla biura rachunkowego.
Pierwsze podejście kilka miesięcy wcześniej zakończyło się porażką. Wiedza o narzędziach była wtedy znacznie mniejsza, a problem okazał się bardziej wielowarstwowy, niż wyglądał. Dopiero doświadczenie z kolejnych budowanych systemów pozwoliło wrócić do tematu i domknąć go w kilka godzin.
Pokazujemy ten projekt otwarcie, ponieważ jest szczerym przykładem tego, jak przesunął się próg opłacalności. Ten sam człowiek, ten sam problem, inny poziom umiejętności po kilku miesiącach pracy metodą AI-Assisted Engineering.
Problemem nie była liczba dokumentów, lecz to, że układ jest inny w każdej firmie. Przy jednoosobowej działalności faktury rozsiały się historycznie po skrzynkach prywatnych oraz firmowych. Uporządkowanie tego nie wchodzi w grę, ponieważ część kont służy równocześnie celom prywatnym i nie da się ich przenieść na adres firmowy.
Do tego dochodzi różnorodność kanałów: część dokumentów wpada przez KSeF, część mailem, a część zostaje w portalach wymagających logowania. Niektóre systemy nie wysyłają faktur w ogóle, co jest przypadkiem najtrudniejszym, ponieważ brak dokumentu niczym się nie objawia.
Punkt wyjścia był nietypowy: zwykły automat nie miał tu szans. Reguły wystarczają, gdy dokumenty przychodzą w przewidywalnej formie, natomiast tutaj część faktur nie przychodzi wcale, a część ukrywa się w wiadomościach wyglądających jak zwykłe potwierdzenia. Dlatego rdzeniem systemu jest model językowy czytający treść wiadomości oraz wnioskujący, czego brakuje.
Ta sama lista, którą wcześniej trzeba było odhaczać ręcznie, stała się plikiem w repozytorium. Dwadzieścia kilka pozycji, a każda wie, gdzie szukać swojego dokumentu: w której skrzynce, po jakiej frazie, u jakiego nadawcy. Jedno źródło prawdy dla systemu oraz dla człowieka.
Cała lista w jednym widoku. Każda pozycja ma swój status, dzięki czemu widać przede wszystkim to, czego brakuje: dokumenty do pobrania z portalu, faktury oczekiwane oraz pozycje nieaktywne w danym miesiącu. Wszystkie zrzuty pochodzą z wersji demonstracyjnej, na danych przykładowych.
Trzeciego dnia miesiąca o szóstej rano system budzi się w chmurze i zbiera dokumenty za miesiąc poprzedni. Nie wymaga to niczyjej obecności. Ponowne uruchomienie na żądanie jest dostępne z wiersza poleceń oraz z panelu.
Dokumenty spoza checklisty nie znikają ani nie trafiają do folderu po cichu. Lądują w kolejce wraz z rekomendacją systemu, a decyzję podejmuje człowiek: zatwierdzić, zatwierdzić i dopisać do listy na stałe, albo odrzucić. Powód jest konkretny: część znalezisk to zakupy prywatne, oferty albo duplikaty, które nie są kosztem firmy.
Przy zakupie biletu kolejowego faktura czasem przychodzi mailem, a czasem nie, bez czytelnej reguły. Model rozpoznaje samo potwierdzenie zakupu, dopisuje przejazd do listy oraz szuka pasującej do niego faktury. Przejazdy, dla których jej nie znajdzie, trafiają na osobną listę z prośbą o pobranie dokumentu z portalu, także wtedy, gdy pochodzą z wcześniejszych miesięcy.
To jest przypadek, którego zwykły automat nie obsłuży. Brak faktury nie generuje żadnego sygnału: nie ma maila, nie ma pliku, nie ma błędu. Wykryć go można wyłącznie przez zrozumienie treści innej wiadomości i zestawienie jej z tym, czego brakuje.
Po przeglądzie system układa komplet dokumentów na Dysku Google w ustalonej strukturze folderów, z podziałem na koszty i przychody, po czym przygotowuje draft wiadomości do biura rachunkowego. Wiadomość czeka w skrzynce, ponieważ wysyłkę do człowieka zawsze klika człowiek. Ta sama zasada obowiązuje we wszystkich naszych systemach.
Każdy miesiąc ma swój status, liczbę zebranych kosztów i przychodów oraz datę ostatniego uruchomienia. Pytanie „czy wysłałem już dokumenty za maj" przestało wymagać przeszukiwania poczty.
Przebieg odtworzyliśmy z dziennika wdrożeń projektu. Łączny nakład to 2-3 roboczogodziny. Warto dodać, że była to druga próba, ponieważ pierwsza, podjęta kilka miesięcy wcześniej, zakończyła się niepowodzeniem.
Najciekawsze w tym projekcie nie są proporcje oszczędności, lecz to, jak nisko leżał próg wejścia. Poniżej efekty oraz sprawdzian wykonany na miesiącu rozliczonym wcześniej ręcznie.
Żeby sprawdzić, czy systemowi można zaufać, uruchomiliśmy go wstecz na miesiącu zamkniętym wcześniej ręcznie, po czym porównaliśmy wynik dokument po dokumencie z folderem przekazanym do biura.
Wniosek ważniejszy od samej oszczędności czasu: ręczna praca była wykonywana poprawnie, lecz kosztowała półtorej godziny skupienia i wymagała kilkukrotnego sprawdzania. System robi to samo w sposób powtarzalny, a pozycje sporne pokazuje do decyzji, zamiast rozstrzygać je za człowieka.
Biuro rachunkowe prowadziło własną listę tego, co powinno przyjść, i dopominało się o brakujące dokumenty. Czasem dwa razy w miesiącu, czasem wcale. Ta korespondencja zniknęła, ponieważ komplet trafia do biura za pierwszym razem.
W mojej głowie ten problem był nie do rozwiązania. Każda firma ma inny zestaw narzędzi, skrzynek i wydatków, więc gotowe rozwiązanie nie istnieje, a budowa własnego zawsze wydawała się niewspółmierna do efektu. Udało się w kilka godzin. Takich procesów mamy w firmach dziesiątki.
Zwykle kilkanaście, czasem kilkadziesiąt. Każdy zbyt mały, żeby zamawiać dla niego system, i każdy zabierający godziny co miesiąc. Oszczędność na pierwszym finansuje automatyzację kolejnego, dlatego warto zacząć od policzenia, gdzie tracisz najwięcej. Bezpłatny audyt cyfrowy wskaże minimum trzy takie obszary, bez zobowiązań z Twojej strony.
Umów bezpłatny audyt cyfrowy